baner
 
 
 
 
baner
 
2005-04-15
 

GEYIKBAYIRI - w cieniu wielkiej góry

Nasza przygoda z Turcją rozpoczęła się od braw, jakie dostali piloci Beoniga 737 po udanym lądowaniu bez tzw. kangura.


Nasza przygoda z Turcją rozpoczęła się od braw, jakie dostali piloci Beoniga 737 po udanym lądowaniu bez tzw. kangura. To był pierwszy lokalny zwyczaj, który poznaliśmy. Potem było już gorzej, bo okazało się, że z lotniska nie kursują żadne autobusy, a kierowcy taksówek, pomimo zaawansowanych targów, nie chcieli nas zawieść na miejsce taniej niż za 45 €. Stwierdziliśmy, że będziemy twardzi, bo rano cena na pewno zmieni się i po żulersku zalegliśmy do snu na lotnisku. Niestety, pomyliliśmy się, rano cena była taka sama, ale wyszliśmy z twarzą, bo zaoszczędziliśmy na noclegu. Kierowca taksówki bezpardonowo inhalował nasze płuca dymem z tytoniu pośledniej jakości. O procesie o odszkodowanie nie było mowy. Darmowe demo tureckiego stylu jazdy było obserwowane przez naszych przyszłych kierowców.
Na miejscu okazało się, że camp ma wybitnie kameralny charakter, składając się z czterech domków, zwanych dumnie bungalowami i domu, w którym można korzystać z czegoś w rodzaju świetlicy i kuchni.
Wspinaczkowy charakter tego przybytku akcentowany był tym, że w drzwiach zamiast klamek były epoksydowe, sztucznościanowe klamki. Już chcąc wejść do toalety trzeba było bez rozgrzewki pociągnąć z chwytu.
A co najważniejsze w skały było półtora rzutu kamieniem.





Wspinanko po turecku

Od rana słońce uderzało na skały o dobrze dobranym marketingowo, a zbliżonym do pomarańczowego kolorze, budzącym chęć natychmiastowego naparcia.  My, głodni wspinania w naturalnych warunkach, postanowiliśmy iść w ślady słońca. Pod skałami okazało się, iż Piotr zabrał przez pomyłkę dwa lewe buty. Do najbliższego sklepu wspinaczkowego było jakieś kilkaset kilometrów. Po raz pierwszy zabrzmiały polskie przekleństwa. Piotr jednak okazał się twardym wspinaczem i uderzał na drogi niczym pełnosprawny łojant.
Zrazu z pewną taką nieśmiałością zaatakowaliśmy drogi o niewysokich nominałach w przedziale od IV do VI. Okazały się one mocno skórożerne, a skałę żłobiącą nasze palce nazwaliśmy roboczo koralowcem. Obywaliśmy się bez sukcesów sportowych, powoli nabierając śmiałości i ciesząc się ruchem w pionie i słoneczkiem.
Przez następne dni stopniowo oswajaliśmy się z specyfiką rejonu, najchętniej kierując się w kierunku różnego rodzaju form naciekowych, zwanych roboczo kaloryferkami. Pomimo iż była tutejsza zima, to część kaloryferków była wyłączona z działalności, gdyż przeciekały. Niezrażeni tym zaatakowaliśmy z powodzeniem dwie obciekające drogi, a wśród nich historyczną, bo pierwszą w rejonie – Ucan Teneke.
Miłośników wspinaczek po formach naciekowych, które można spotkać np. w Ospie, zapewniam, iż w Geyikbayiri formacje te są jeszcze zupełnie nie wyślizgane i będzie tak, póki miejsce nie stanie się modne.
Może jest tak dlatego, że w Turcji środowisko wspinaczkowe jest bardzo nieliczne. Jak nas poinformowano, jeden wspinacz robi tu drogi o stopniu X, a zaledwie trzech X-, oczywiście w stylu RP.





Przyczyną takiego stanu rzeczy może być też to, iż Geyikbayiri – jak większość rejonów w Turcji – jest młody i ma dopiero pięć lat. Przez ten czas w błyskawicznym tempie powstało aż 250 dróg, z czego większość mieści się w przedziale VI-IX. Wspinacz poruszający się w tym zakresie trudności będzie tu miał do dyspozycji przewieszki, płyty, zacięcia, a nawet trzy rysy. Mnie najbardziej zauroczyły tutejsze ósemki i na nich starałem się spędzać jak najwięcej czasu. Większość dróg, po których się wspinaliśmy, była świetnie ubezpieczona, ale parę razy zdarzyła się sytuacja, gdy trudności trzeba było pokonać, będąc nad wpinką. Długość dróg waha się w przedziale 20-25 metrów, choć kontynuacje pierwszego, zazwyczaj łatwiejszego wyciągu ciągną się po 30-35 metrów. Wybór był tak duży, że przez dwa tygodnie nie mieliśmy szans zrobić nawet najładniejszych dróg i subiektywna selekcja skazywała całkiem piękne drogi na zapomnienie. Geyikbayiri okazało się dla nas rajem, czyli miejscem, które żal jest dobrowolnie opuścić.
Urok tego miejsca docenił i namaścił światowy arcymistrz eksploracji Michael Piola, który wyznaczył tu kilka dróg sięgających stopnia X-.

Integracja, czyli Azja akceptuje Europę

Gospodarze zrazu traktowali nas bardzo neutralnie i bez zainteresowania, ale po kilku integracyjnych wieczorach spędzonych przy kozie, lody, a raczej chałwy zostały przełamane. Ponieważ mieli wybitnie trudne do zapamiętania imiona skrótowo określaliśmy ich od nazwy rejonu geyikami. Nieobce nam są taborowe klimaty, więc poczuliśmy się tu naturalnie dobrze. Długie wieczory w wiacie, parzenie herbaty (a nie kawy) po turecku, dokładanie do kominka to znaczy do kozy. I wreszcie ucieczka w długi sen do śpiwora. Rekord przebywania w nim pobiła Ela, która jedynego deszczowego dnia w czasie całego wyjazdu spędziła w nim 20 godzin,. My ograniczaliśmy się do zaledwie 10 godzin snu.
Geyiki, czyli nasi młodzi gospodarze, a głównie studenci katowali nas tureckim rapem. Na swój zbiorczy pseudonim zapracowali tym, iż czesali, strzygli się wzajemnie i masowali sobie karki. Gotowali też razem zdrowo i tanio, korzystając z tego, co daje do dyspozycji otoczenie Morza Śródziemnego. Próbowaliśmy kulinarnych pojedynków, ale zdecydowanie przegrywaliśmy, co w następujący sposób podsumowała Ela:
– Chłopaki tu sobie całkiem fajnie gotują.
– No, my też.
– Ale ich jedzenie jest smaczne.
W odwecie popijaliśmy piwo Efez, na które byliśmy skazani, z tej racji, że zmonopolizowało turecki rynek napojów chmielopochodnych. Z nieodległej wioski dochodziły całkiem melodyjne nawoływania muzzeina do modlitwy, my zaś  bardzo powoli przyzwyczajaliśmy się do mydlanego smaku.



Nasi kierowcy stopniowo, ale z widocznymi postępami przyswajali sobie tutejsze zwyczaje drogowe. Grześ chwalił sobie brak konieczności używania kierunkowskazów. Piotr błysnął, stając na czwartego na dwupasmowej drodze, a na klakson bez namysłu krzyknął: – Nie widzisz, że nauka jazdy!?
Obaj jak miejscowi śmiało jeździli pod prąd i stawali na zakazach. Ja byłem już prawie gotów wyrzucać śmieci przez okno. Do pełnoprawnego tytułu pogromcy tutejszych szos brakowało im tego, iż wieczorem używali świateł, co nie jest w Turcji przyjęte. Piotrek, zaprawiony w samochodowej walce w stołecznej dżungli komunikacyjnej, określił styl jazdy tubylców jako chaotyczny, ale nie agresywny.

Wypady okoliczne

W czasie dwudniowej wycieczki okazało się, że droga z Antali do Kapadocji jest o wiele lepsza od większości polskich szos, mimo iż biegnie górami i wspina się na 1800 m n.p.m. Piotr po kilku godzinach jazdy proroczo podsumował – chciałbym, żeby kiedyś taką drogą jechało się z Krakowa do Zakopanego. Zgodziliśmy się bez wahania. Ruch na drogach poza miastem był niewielki, co staje się zrozumiałe, gdy pozna się wartość benzyny, która miażdży ceną 6 złotych za litr.
W Kapadocji nie powspinaliśmy się, gdyż większość formacji jest tam wykuta i to na niespotykaną nawet w skałkach podkrakowskich skalę.
Czy wyobrażacie sobie, by ktoś wykuł w żywej skale całą Mamutową? A tam to smutna norma. Zachowaliśmy się jak obrażeni puryści i zamiast wspinać się poddawaliśmy się urokowi tego miejsca, nieporównywalnym z żadnym innym. Trzask uwalnianej migawki zastępował ochy i achy, bo ile można.
Nie powiódł się wypad do pobliskiego Akyarlaru, gdzie można się powspinać nad samym morzem. Niestety, z powodu wysokiego stanu morza starającego dostać się do śródziemia, dostęp do większości dróg był możliwy jedynie z łódki. W przewodniku rejonik ten był opisywany jako wyślizgany, więc nie żałowałem.
Po powrocie doceniliśmy to, iż Geyikbayiri jest położone z dala od plaż, atrakcji, bazarów i koszmarnych hoteli na wybrzeżu. Kontemplowaliśmy ciszę i napawaliśmy się antykomercyjną atmosferą. W trakcie całego naszego pobytu spotkaliśmy mniej niż dziesięć zespołów. Mimo że przyjechali też wszyscy trzej wspinacze z pobliskiej Antali, nie było tłoku. Z lenistwa wspinaliśmy się blisko campu, ale cały mur skalny ma półtora kilometra długości. Nie musieliśmy też chronić się przed upałem, bo było ledwie 20-25 stopni, więc nie zaznaliśmy kojącego chłodu w sektorze o nazwie Kanion.



Możliwości eksploracji tego miejsca nie kończą się na murze. Jeśli dynamika rozwoju wspinania w Turcji utrzyma się, to wróżę konieczność obrony europejskości tego sportu, a jako miejsce bitwy tradycyjnie proponuję okolice Wiednia.
O ile wspinanie w Geyikbayiri było przez nas do pewnego stopnia oswojone, to pewne lokalne zwyczaje oparły się międzykontynentalnej integracji. W sklepie, gdzie zawsze kupowaliśmy po stałej cenie, ni stąd ni zowąd policzono nam więcej za ten sam towar. W przydrożnym, pozaklasowym lokaliku zażądano od nas absurdalnej kwoty za porcyjkę dla niemowlęcia, a kilka dni później w „wypasionej” knajpie zjedliśmy za grosze.
Z kolei kiedy zajechaliśmy na stację z wodą gotującą się w chłodnicy, to wprost z samochodu zaproszono nas na najlepszą wyżerkę w czasie całego wyjazdu i to w sposób tak naturalny, jakbyśmy zarezerwowali sobie ten posiłek.
Innym razem ze stacji benzynowej przybiegł do nas pan i poczęstował całą ekipę herbatą.
Dla jednego zaletą, a dla innego wadą może być to, iż znalazł się w sytuacji, gdy znane mu gesty, czy wydawałoby się uniwersalne słowa stają się bezużyteczne. Albo jest się gotowym przestawić mentalnie albo niezrozumienie przeobraża się w niezadowolenie. Turcja to nie jest kraj do zrozumienia w czasie jednego wyjazdu, oj, nie jest i ja się z tym pogodziłem.

Powrót bywa ciężki

„Z Turcji wracamy analogicznie, tak jak przyjechaliśmy” – napisał Witold Korsek w książce „Turcja kraj 4 mórz”. Właściwie można by poprzestać na tym cytacie. ale porobiło się tak, iż wracając do domu nie było nam dane odczuć komfortu pod jakimkolwiek względem. Pozawspinaczkowa rzeczywistość wzywała nas brutalnie. Paleta kolorów dostępnych w tureckim pejzażu została mocno ograniczona do odcieni szarości. Do rozpoczęcia sezonu u nas brakowało co najmniej dwa miesiące. Bezmyślność na drogach, płatna, ale za to brudna toaleta, fatalne oznaczenia i koszmarny stan nawierzchni dróg – oto czym powitała nas ojczyzna.
I gdzie jest cywilizacja? A jeśli Turcja jest w Azji, to gdzie my mieszkamy?

PS. To ostatni moment, by wyjaśnić tytuł. W odległości kilkuset metrów od campu znajduje się północna ściana o profilu nieco podobnym do Eigeru. Jako, że byliśmy tam zimą, to w czasie pobytu konsekwentnie zalegał na niej śnieg. Nie przeszkadzało nam to wygrzewać się na południowych ścianach Geyikbayiri, czego i Wam życzę.


Praktycznostki:

1. Noclegi w „bungalowach” za 4,5 € lub 6 € w pokojach. Prysznic, kuchnia z naczyniami i lodówką do dyspozycji. Możliwość rezerwacji pod www.climbturkey.com
2. Przewodnik internetowy mocno niekompletny, z nieaktualnymi wycenami. Papierowy do kupienia na miejscu za 10 €.
3. Zaopatrzenie – sklepik z podstawowymi artykułami i obsługą nie mówiącą ani słowa nie po turecku w odległości 3 km. Polecam sery owczo-kozie, świetne konfitury, jogurt i anyżówkę – Turaqi. W Antali westowe supermarkety, a w nich dobre, ale drogawe wina.
4. Dojazd z lotniska to newralgiczny punkt: najtaniej taksówką do Antali, a z niej busikiem (nr 54 lub 56) z Çalli do Çakilarilar. Stamtąd stopem lub 2 godziny na piechotę. Bezpośredni busik z Antali raz dziennie. Wynajęcie samochodu na lotnisku –  45 € za dzień.
5. Zwiedzanie: ostrzegam przed umiarkowanie atrakcyjnym i mocno zarośniętym Perge i zupełnie nieciekawym Podziemnym Miastem, przeciętna cena za wejście około 25 zł. Sama Antalya slumsowata.
6. Wiza za 10 $ (lub 10 €) na lotnisku.
7. Wynajęcie samochodu w mieście od 17 € za dzień.
8. Pora roku: ponoć najlepsze są październik–listopad i marzec–kwiecień. W lecie jest za ciepło, a ściany mają głównie południową wystawę.
9. Pieniądze. Nie opłaca się wymieniać dużej ilości pieniędzy na lotnisku, bo kurs jest niekorzystny, ale nie wszędzie można kupować za euro. W użyciu waluta sprzed denominacji i nowa. Milion starych TL = 1 nowy YTL. Pomyłki możliwe tylko przy monetach.
10. Warto zabrać słowniczek, bo poza głównymi trasami trudno się dogadać nawet na migi.

Polecane drogi:

VI Dude
VI+ Bizon
VII- Nirvana, Ucan Teneke
VII Lou, Totos
VII+ Saxafon, Susam
VII+/VIII- Caf Caf
VIII- In Ordan, Kapt`n Kirk
VIII Dragonfly, Karnica, Desire
VIII+ Psycho Sheppard
IX- Melting Souls
IX Gizmo

Tekst: Andrzej Mirek

Zdjęcia: Piotr Musiał


"Góry", nr 4 (131) kwiecień 2005

(kb)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com