baner
 
 
 
 
baner
 
2017-07-09
 

Roraima – świat zaginiony

Kiedy chce się opisać tak niesamowite miejsce jak Roraima, siłą rzeczy przywołuje się jakieś skojarzenia, pragnie się ten niezwykły twór przyrody do czegoś porównać, by zaciekawić, zadziwić, przekazać wrażenie niezwykłości. Jest to jednak miejsce, w stosunku do którego wszelkie porównania wydają się blade i banalne! Nazywana „zaginionym światem”, „zamkiem w chmurach”, „wyspą czasu”, „ziemią duchów” czy „matką wszystkich wód” jest bytem niepowtarzalnym, wyjątkowym, tajemniczym. Myślę, że właśnie takie miejsca jak Roraima, pozwalają w pełni przeżyć „przygodę z Ziemią” i paradoksalnie doświadczyć przy tym „nieziemskich odczuć”...

 

Zachodnia część płaskowyżu

 

Roraima, wznosząca się w Gran Sabana w południowo- wschodniej Wenezueli, to najwyższa i najsłynniejsza z kilkudziesięciu wenezuelskich tepuyes (tak Indianie Pemón, zamieszkujący te okolice, nazywają charakterystyczne góry stołowe). Region, w którym się znajduje, znany jest na świecie z tego, że na stokach jednej z gór – Auyán Tepui – można podziwiać najwyższy wodospad świata Salto Angel (Wodospad Angela). Jest rzeczywiście wspaniały, ale... to już inna historia.


Wróćmy do Roraimy, która swą sławę zawdzięcza przede wszystkim wydanej w 1912 r. powieści fantastycznej Arthura Conan Doyle’a „Zaginiony świat”, opowiadającej o dinozaurach i pterodaktylach, żyjących w izolacji na podniebnych górach – wyspach tepui. Źródłem inspiracji pisarza był zapewne odczyt Everrada Im Thurma (wybitnego botanika, który jako pierwszy wraz z towarzyszem wspiął się w 1884 r. na tajemniczy płaski wierzchołek). W powieści Doyle’a naukowiec-awanturnik odkrywa na tepui, zamieszkałym przez dinozaury, podobne do małp „brakujące ogniwa ewolucji”. Historia ta miała w jakimś sensie swoją kontynuację w słynnym filmie Spielberga „Park Jurajski”, do której zdjęcia kręcono na kostarykańskiej wyspie El Coco. Do dziś na żadnej z tepui dinozaurów nie znaleziono, ale literacka fikcja w zadziwiający sposób nabiera sensu, gdy skonstatujemy, że wznoszące się nad sawannami płaskie przepastne góry możemy rzeczywiście nazwać jakąś formą „wysp w czasie”, gdzie ewolucja biegnie swoim rytmem. Dowodem na zasadność tak śmiałego porównania niech będą fakty! Aż 65% gatunków roślin występujących na tepui to endemity – nie możemy ich spotkać nigdzie indziej na świecie! Brak dinozaurów może zrekompensować nam unikatowy gatunek maleńkich czarnych (i nie ma co ukrywać – niezbyt pięknych) ropuch Oreophyrynella, które – w odróżnieniu od swoich krewniaczek z innego świata – nie pływają i nie skaczą.

 

Roraima to jednak nie tylko świat unikatowych roślin i zwierząt. Piaskowcowa góra, chociaż z daleka wydaje się płaska jak stół, z bliska charakteryzuje się bardzo skomplikowaną topografią. Poczerniałe skały na rozległym wierzchołku przybierają najróżniejsze fantastyczne kształty. Spotkać tam możemy, np. żółwia, krokodyla, szamana i inne twory działające na wyobraźnię!


Pierwsze spotkanie
Po długiej nocnej podróży z Ciudat Bolivar do miejscowości San Francisco de Yuruani, w przeraźliwie zimnym autobusie (to „specjalność” wenezuelska: jak kupujesz bilet na autobus klimatyzowany, to na pewno – wcześniej czy później – dowiesz się, za co płacisz), wynajęliśmy „obowiązkowo” zalecanego przewodnika. Został nim młody niezwykle sympatyczny i odpowiedzialny Indianin z ludu Pemon o imieniu Gabriel. Mimo kłopotów językowych, szybko doszliśmy do porozumienia. Potem pozostało tylko wynegocjowanie (nie bez trudu) przejazdu jeepem do odległej o 25 km od Roraimy indiańskiej wioski Paraitepui de Roraima. Dotarliśmy tam dokładnie na czas, tak że zdążyliśmy się jeszcze nasycić wspaniałym widokiem odległych tepuis na tle granatowego nieba. Pierwsza noc przywitała nas rzęsistym deszczem, który wynagrodziła nam potem niesamowita tęcza w świetle księżyca. Teraz naprawdę dotarło do nas, że zaczęliśmy kolejną przygodę...

 

 

„Sawanna”

 

Vamos arriba!
Wczesnym rankiem zakładamy ciężkie plecaki z ekwipunkiem na 5 dni i ruszamy w kierunku odległej góry. Pogodny dzień i widok przestrzennej, zielonej sawanny u podnóży tepuis rekompensują nieprzyjemny raczej ciężar na grzbiecie. Kolejne kilometry za nami, a góra wciąż nie chce się przybliżyć! Przekraczamy bez większego trudu rzeki oraz potoki i wreszcie po południu zakładamy pierwszy biwak po drugiej stronie Rio Kukenan. Radość z umycia się psują wszędobylskie jejenes – maleńkie, upiornie dokuczliwe, gryzące muszki. Tną bez litości i niebawem całe nogi mamy w swędzących śladach po ich ukąszeniach. Zaczynamy powoli też rozpoznawać tutejszy lokalny „rytm przyrody”, objawiający się wieczorno-nocnymi deszczami, porannymi leniwymi mgłami i zniewalającym upałem w ciągu dnia.

 

Następnego dnia postanawiamy przejść dwa zwyczajowe odcinki trekkingu. Po drodze postój na skromny „lunch” w postaci pożywnej zupy i wielkiej menażki mocnej kawy. Przed nami wyrosła niepostrzeżenie licząca sobie półtora kilometra ściana Roraimy! Doskonale widać naszą dalszą drogę wejścia, biegnącą wielką ukośną rampą w poprzek ściany. Podnóża żółtawej pionowej ściany zajęte są przez wilgotny, mglisty las tropikalny, dlatego dalsza wędrówka do góry czasami przybiera postać „pełzania” po śliskich stromych gliniasto-kamiennych stopniach. Im bardziej wznosimy się do góry, tym bardziej rośnie w nas zdumienie i radość, że tu jesteśmy! Wszystko wydaje się nierealne i wyjątkowe.

 

Kukenan tepui, sąsiad Roraimy od zachodu; widok z Paraitepui

 

Szczyt – nie szczyt...
Nareszcie docieramy do krawędzi góry, pojawiają się pierwsze przedziwne skały o skomplikowanych kształtach, maleńkie jeziorka i różowe miniplaże z kwarcytowego piasku, a pośród nich nieznane dziwaczne rośliny, żyjące w małych zwartych kępach niemal na żywej skale! Teraz dopiero dociera do nas hasło przewodników po Wenezueli „total otro mundo” – tak to jest naprawdę zupełnie inny świat!

 

Chłodne i krystalicznie czyste jeziorka nazwane nie bez powodu Los „Jacuzzis” zachęcają do kąpieli (północno-zachodnia część płaskowyżu)


 Magiczny kryształ

 

Dzień niepostrzeżenie zmierza ku końcowi, a naszym zadaniem jest teraz tylko znalezienie „hotelu”! W tym wypadku nie chodzi (broń Boże!) o budynek – tak tutaj nazywane są mocno dowcipnie niewielkie piaszczyste miejsca biwakowe na skalnych półkach pod wąskimi okapami skalnymi. Każdy „hotel” ma swoją nazwę i jest ich na Roraimie tylko kilka. Kolejne „hotele” są, niestety, zajęte przez innych turystów, więc szukamy dalej. Na moje kilkukrotne propozycje rozbicia się na zachęcających różowych plażkach nad którymś z jeziorek Gabriel tylko kręci głową. Jego niezrozumiały upór w poszukiwaniu zadaszonego skałą wysoko położonego miejsca wyjaśnia się dopiero w nocy. Zapada malowniczy zmierzch, robi się zaskakująco chłodno i tajemniczo.

 

Wędrówka wśród skał i jeziorek na płaskowyżu

 

W trakcie kolacji zaczyna się nocna ulewa, ścianę deszczu urozmaicają przebłyski dalekich grzmotów. Cieszymy się, że posłuchaliśmy naszego przewodnika, bo w tych warunkach nawet nasz wysokogórski super mocny namiot nie wytrzymałby takiej ilości wody bez skalnej przewieszki! Zwłaszcza, że przyjemniejsze piaszczyste miejsca na dole, gdzie chcieliśmy się rozbić, zmieniły się teraz w rozlegle jezioro. Po niespokojnej nocy wstał pogodny dzień. Małe jeziorka stały się głębokimi zbiornikami, wszędzie czuć wilgoć i widać ślady nocnej ulewy. Mamy cały dzień na zwiedzanie szczytu. Co prawda w tym wypadku słowo „szczyt” nie wydaje się zupełnie na miejscu, bo przecież liczy on sobie ponad 34 km² powierzchni! Kiedy podejdzie się jednak do krawędzi urwiska i pod nogami otworzy się półtorakilometrowa przepaść, nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy na górze! Przedzieramy się w kierunku najwyższego wzniesienia Roraimy, przedzierając się przez liczne niewysokie skalne grzbieciki, skacząc z kamienia na kamień i pokonując nowopowstałe jeziorka. Zasadniczy wierzchołek to 100-metrowa skałka zwana El Carro, 2723 m n.p.m., z niej dopiero widać rozległość tepui i jej izolację. Ciemny płaskowyż ma kształt odwróconej litery L, urywając się urwiskami ze wszystkich stron. Podchodzimy do krawędzi Roraimy, urwisko kusi i mami, pod nami widok bardziej jak z okien samolotu niż normalna panorama ze szczytu – po prostu ogromna ściana i hen w dole zielone płaszczyzny sawanny. Po prawej stronie tuż obok piętrzy się kolejna tepui Kukenan, oddzielona od Roraimy głęboką wypełnioną chmurami doliną. Wyraźnie widać spadający z jego wierzchołka Salto Kukenan – liczący 610 m, drugi co do wysokości wodospad na świecie! Nasyceni panoramą schodzimy podziwiać inne atrakcje „zamku w chmurach”. Na północnej krawędzi Roraimy, znajduje się La Ventana, imponujące okno skalne. Wrażenie przepaści potęgują snujące się poniżej mgły. Mimo że po latach wspinania obyty jestem z przepaściami, czuję w nogach lekki „dygocik”. Kolejną atrakcją jest dolina kryształów – El Valle de los Cristales we wschodniej części góry, miejsce gdzie trudno wręcz nie deptać wszechobecnych szczotek kwarcowych. Legenda Indian Pemon mówi, że kryształy zabrane ze szczytu przynoszą nieszczęście, a przepisy zabraniają wynoszenia czegokolwiek, więc (chociaż z ciężkim sercem) zostawiamy je w spokoju. Na koniec wypełnione krystalicznie czystą wodą „Los Jacuzzis”, naturalne baseny skalne, rzeczywiście przypominające wanny. Nie skorzystaliśmy jednak z hydromasażu, gdyż woda była zbyt chłodna. Nasyceni atrakcjami wracamy do naszego hotelu „San Francisco”. Ledwie coś ugotowaliśmy i umościliśmy się w śpiworach, zaczął się niesamowity spektakl przyrody. Gwałtowność ulewy, której towarzyszyły pioruny, przeszła wszelkie oczekiwania. Wszystko wokół dosłownie wypełniało się na naszych oczach wodą. Żeby nie zatonąć w naszym namiocie, trzeba było menażką wykopywać kanały.

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Tadeo
Z przyjemnością odebrałem relację z wyprawy na Roraimę. A to m. in. dlatego,iż sam odwiedziłem Gran Sabana 4x. Jeden z tych pobytów w 1994 r. poświęciłem niemal wyłącznie na właśnie ten magiczny tepui. Nie był na szczęście wtedy jeszcze aż tak popularny, co dodawało zdecydowanie ekscytacji i smaczku. A poza tym również jestem z wykształcenia geografem po UW. Pozdrawiam
Tadeo
Z przyjemnością odebrałem relację z wyprawy na Roraimę. A to m. in. dlatego,iż sam odwiedziłem Gran Sabana 4x. Jeden z tych pobytów w 1994 r. poświęciłem niemal wyłącznie na właśnie ten magiczny tepui. Nie był na szczęście wtedy jeszcze aż tak popularny, co dodawało zdecydowanie ekscytacji i smaczku. A poza tym również jestem z wykształcenia geografem po UW. Pozdrawiam

 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com