baner
 
 
 
 
baner
 
2014-10-24
 

Tatry i Bieszczady – dumka na dwa serca...

Tatry i Bieszczady – dwa jakże różne pasma górskie. Jedne – skaliste i wyniosłe. Drugie – pokryte dziewiczymi jeszcze lasami.  Połoniny, bory, cerkwie i kapliczki. W tym roku bywałem w obydwu pasmach. I co się okazało? Że aby pokochać jeszcze bardziej Tatry, wybrałem urlop w Bieszczadach. Bieszczady - góry, które pozostają oazą dzikości. W pełni tego słowa znaczeniu. Nie są trudne. Nie są tak wysokie jak Tatry i zwłaszcza jak Alpy. Nie o wysokość zresztą w tym wszystkim chodzi. Dlaczego? No, bo tak. Bo coś w nich jest. To „coś” powoduje, że przyjeżdżasz, jesteś, wyjeżdżasz i znowu chcesz wracać. Tak było ze mną. No i bawią oko i je cieszą bieszczadzkie kolory. Bukowe lasy jesienią oszałamiają orgią barw. Przystanek Cisna, Korbania, Sine Wiry, Połonina Caryńska, cerkiew w Komańczy – taki był nasz tegoroczny pobyt w Bieszczadach. Zanim jednak ruszyliśmy w te góry, były jesienne, skapane w słońcu Tatry.


Tatry – czyli smak gór...

Szałas. Niewielka watra trzaska. Wokół roznosi się ciepło. Gromadzimy się przy ogniu, Dokładam porąbane szczapy drzew. Ciepło. Wokół przyjaciele. Jest dobrze. Rzekłbym: bardzo dobrze. I myśli przychodzą. Jakie są moje Tatry? Jesienne zachwycają kolorami. Tak, kolory to jest coś:) wspaniałego: rude trawy przy Litworowym Stawie, czerwienie i złote barwy wyżej przy Zmarzłym i w Świstowej. Kolorowy świat. Kolorowe życie.  Chodząc w tym roku przez kilka dni po Tatrach miałem czas na pewne przemyślenia. Dotyczyły one świetnej skądinąd książki Ryszarda Pawłowskiego „Smak gór”, którą wówczas przeczytałem. Po jej lekturze powstało jakoś tak samo pytanie: jakie są więc moje Tatry? Jaki mają smak? Jak pachną? Odpowiedź brzmi: różnie. Nie są na pewno monotonne. Są zróżnicowane. Te zimowe, czy może lepiej wiosenne, są jak kremówka z bitą śmietaną:) z zakopiańskiej „Samanty”. One są dla mnie najważniejsze: pachną nowymi zjazdami i wyzwaniami, „wyrypami”, wylanym potem, spotkaniami z przyjaciółmi i widokiem z grani. Samotnymi wycieczkami, kiedy mogłem odnaleźć siebie, a także grupowymi wyjściami z przyjaciółmi na narty. I lodowatym piwem wypitym po udanej wyprawie. I szalonym zjazdem. Letnie pachną Białą Wodą i Jaworową, gdzie uciekam od tłumu, kawą pitą na progu Kaczej i opalenizną. Jesienne, smażonymi rydzami z cebulką na maśle (pycha), kolorowym lasem w Dolinie Czarnej Jaworowej, porannym chłodem na podejściu i gorącą herbatą z sokiem malinowym. I halnym, który zawsze zwiastuje gwałtowną zmianę pogody i nastroju u meteoropatów (górale – choć nie tylko oni – wtedy szaleją, cokolwiek to znaczy;).


Czego uczą Tatry? Uczą wrażliwości. Na świat, ludzi i piękno. Uczą, że trzeba w życiu wytrwałości, by ciągle i ciągle piąć się w górę. Że tylko to, co trudne, warte jest zachodu. Uczą, że trzeba Bogu dziękować za przyjaciół, spędzone Tu chwile. Że słabszemu trzeba zawsze pomagać. Uczą, że trzeba się śmiać, jak jest powód ku temu. Że trzeba się martwić, jak w sercu pustka i dusza wyje. Że trzeba mówić głośno kurwa, jak coś jest nie tak. Tak robię.  A więc. Śmieję się z przyjaciółmi w Tatrach, jeżdżę na nartach, mówię głośno kurwa, jak coś jest nie tak. Wierny głosowi, który idzie z Gór. Te, bowiem nigdy nie zawodzą. Są jak najlepszy przyjaciel. Dzięki Nim jestem szczęśliwym człowiekiem. Nie tylko ja. Tatry wyzwalają z codzienności. Zrywasz jej łańcuch. Idziesz w Góry, a one – o ile to potrafisz dostrzec – zawsze Cię zachwycą.


Ważne jest w tym wszystkim poszukiwanie w górach tego CZEGOŚ. To COŚ dla każdego ma inną nazwę, inny smak. Dla taternika smak gór to wielka, najlepiej niezdobyta ściana. Dla narciarza stok pokryty puchem, dla klasycznego wędrowca unoszące się nad łąką opary mgieł po porannym deszczu. Dla fotografa udane, jedyne w swoim rodzaju ujęcie. Dla ochroniarza kierdel kozic, czy samotna szarotka na wapieniu. Każdy ma gdzieś w sobie wypracowany przez lata, wychodzony przez dziesiątki wycieczek, smak Gór i ich obraz. Mocno zapisany – jak na twardym dysku – w pamięci. I dobrze, że tak jest.


Moja najważniejsza myśl jest następująca. Ważne w tym wszystkim, by ciągle i nieustannie, takie mam wrażenie, sięgać po Nowe. Motywacje, nowe miejsca, nowe dolinki, turnie, nowe zakamarki Tatr i gór. Nowe brzmi dobrze i sprzyja wyrwaniu się z szarzyzny i stereotypu. By broń Boże, chodząc po Górach, nie popaść w swego rodzaju rutynę i schematy działania. Rutynę, czyli myślenie: z góry wiadomo, co, kiedy i jak. Tędy, siędy, o tej godzinie obiad, o tej podejście, tu stajemy, tam odpoczywamy. To nie tak. Takie podejście powoduje zgorzknienie smaku gór i nas samych. Gdy pójdziemy taką drogą nic już nas wtedy nie zaskoczy. To wieje nudą. Przeciwnie działa to, co nowe. Ono jest wyzwoleniem, uwolnieniem siebie, „zapładnia” nas do czynów, do poszukiwania. Buduje nowe wyzwania, ożywia dawno zapomniane pokłady energii i pomysły. Dzięki NOWEMU, tak naprawdę młodniejemy. Dobrze jest na wycieczce dać się zaskoczyć. Czasem nawet raptownie zmienić plany, dać się ponieść Nowemu, ulec przygodzie i przyrodzie. Zrealizować się w nowej, zastanej sytuacji. Być trochę niegrzecznym typem. Zrealizować swoje zadawnione nieco plany, choćby różni mówili, że jesteś egoistą. Iść w nieznane, po nowe szczyty, turnie, horyzonty. Z drugiej strony góry uczą jeszcze jednego. Nic w życiu nie róbmy na siłę. Jeżeli danego dnia warunki nie puszczają – odpuśćmy. Góry też miewają gorsze dni i humory:) świetnie o tym opowiada znany narciarz ekstremalny Douglas „King” Coombs w filmie „Steep”. Jeżeli danego dnia czujemy wyraźnie, że nie idzie, coś jest nie tak – przełóżmy tę wyprawę na inny, lepszy termin. Czasami na taki wymarzony dzień warto poczekać nawet kilka lat. Drugi dzień urlopu 2014 r. Zapadam w dzicz. Jeszcze tylko przejście przez wezbrany potok i jestem w Dolinie Czarnej Jaworowej.


Pierwszy śnieg; fot. Wojtek Szatkowski



Czarna Jaworowa – kraina piękna

25 minut podejścia dzikim lasem. Jestem. Przy stawie w Dolinie Czarnej Jaworowej w słowackich Tatrach Wysokich. Piękna pogoda. Niebieski lazur nieba. Stoisz w miejscu i gdzie nie spojrzysz jest pięknie. Ponad 1200 metrów wyżej czub Lodowego Wierchu. Myślę więc jestem, więc myślę Zresztą pytań podobnych i przemyśleń jest oczywiście więcej. Czasami nie ma co myśleć w górach, lecz chłonąć je w ciszy ile się da. A może po prostu szukamy WOLNOŚCI w górach? Wolność w życiu jest przecież najważniejsza. Zdobywca Annapurny, francuski wspinacz Maurice Herzog, napisał w roku 1951: - Góry były dla nas naturalną areną, gdzie, igrając na krawędzi życia i śmierci znaleźliśmy wolność, której szukaliśmy na oślep i której potrzebowaliśmy jak chleba. Ks. R.E. Rogowski napisał: - Wszystkie góry Ziemi są przestrzeniami wolności. Jeżeli czujemy, że rozpacz, że zwątpienie, że bolesne poczucie porażki czołgają się ku nam jak mgły na przełęczy, trzeba wtedy „uciekać w góry”. Niektórzy uważają, że tylko w Górach ich życie ma sens. Słynna himalaistka, Wanda Rutkiewicz, w 1986 napisała: - Tu, w górach, coś ode mnie zależy – na dole jestem tylko elementem układów. Więc, co nas tak naprawdę najbardziej urzeka, kręci tam - wysoko? To pozostanie dla każdego z nas tajemnicą i otwartym wciąż pytaniem bez odpowiedzi. Może dobrze, że tak jest, iż wciąż czegoś w tych Górach szukamy. Każdy odpowie na nie inaczej. Każdy z nas ma przecież swój wyśniony Mt. Everest, gdzie znajduje spokój, przyjaźń oraz wolność. I siebie.

Zrywamy więc łańcuch codzienności. Motor auta wesoło mruczy pod maską. Jedziemy w Bieszczady.


Czarna Jaworowa – klejnot Tatr; fot. Wojtek Szatkowski



Bieszczady jesienne Anno Domini 2014...

Co wydarzyło się ciekawego w Bieszczadach jesienią Anno Domini 2014 podczas naszej skromnej, kilkudniowej wyprawy? Było tego trochę. Po pierwsze magiczny był dom, w którym już po raz drugi mieszkaliśmy. "Przystanek Cisna" Kasi i Andrzeja Rozmysłowiczów w Cisnej. Ludzi, którzy świadomie ponad 20 lat temu wybrali Bieszczady i mieszkanie w dzikim, trochę odludnym miejscu. W otoczeniu niepowtarzalnej i dzikiej przyrody. Dom pełen fajnego ciepła, z kominkiem i trzaskającą watrą. Cały z drzewa:) a w nim? Dużo zdjęć, starych mebli, kwiatów. Kotów. Po prostu Dom, w którym zawsze dobrze się czujesz. Doświadczyłem tego za każdym razem gdy widzę Kasię i Andrzeja i wracam do „Przystanku Cisna”. Nad domem lesista góra Hon i szlak czerwony, prowadzący na Chryszczatą. Słynie ze znakomitej, wegetariańskiej kuchni. I złote, smażone lub kiszone jesienne rydze. Smażone kanie. Kuchnia marzenie, bo Kasia gotuje w sposób absolutnie doskonały. Pokoje z widokami na otaczające Cisną góry. I schronisko chata pod Honem - takie turystyczne, siermiężne, ale stoi. Obok niego stary wyciąg narciarski. Zaglądam do schroniska. Jak w latach 80. Jakby czas się zatrzymał. W tej siermiężności znajduję radość i INNOŚĆ tego miejsca. Na stolikach flakoniki z goździkami (!!!), menu niewyszukane, ale ponoć dobre (tak twierdzi turystyczna brać wokół). Świetny smak - "Rosa z Kremenarosa" to zimne piwo z nutką owoców leśnych. Pycha... wypijam powoli. Za oknem dzień chyli się ku końcowi. Schodzę w dół. Moja górska wrażliwość na szczegóły, wzmocniona piwem daje dobre efekty. Zdjęcia wychodzą. W dole moje miejsce – „Przystanek Cisna”.


Łopienka...

Pierwsze kroki kierujemy do pięknej cerkwi prawosławnej we wsi Łopienka. Pada, więc to wycieczka akurat na pierwszy dzień pobytu. Pozostała w tym miejscu tylko murowana cerkiew. W niej wisiała kiedyś cudowna ikona, teraz jest gdzie indziej, w kościele w Polańczyku. Wieś położona była w pięknej dolinie. Skręcamy z Cisnej na Terkę i Bukowiec. Parking. Dolina i piece do wypału węgla drzewnego. Dymią jak diabli. Pierwsi turyści. Wreszcie cerkiew p.w. Św. Peraskewii. Mało tu ludzi tym razem. Wchodzimy do środka, by spotkać drewnianego Chrystusa Bieszczadzkiego, z torbą, jakby jechał na Harleyu. Zdjęcia. Idziemy wyżej do bazy studenckiej w Łopience. Szlak skręca przez potok i błotnistym terenem wspina się w górę. Błoto bieszczadzkie. Klei się ze spodu i z boku. Jest go mnóstwo. Po 15. min. przyzwyczajam się. Wychodzimy na urokliwe polanki. Nie ma tu nikogo. Chociaż. Dwie duże kupy - ślad po bytności niedźwiedzia brunatnego, uzmysławiają nam, że nie jesteśmy tutaj. sami. Zdjęcia. Dalej szlak tonie w błocie. Gocha ma mokre buty, ja też, ale się nie przyznaję, mokrość/suchość buta nie jest dla mnie gwarantem fajności wycieczki, ale schodzimy do Łopienki.  To według mojej oceny jeden z najpiękniejszych rejonów Bieszczadów, u podnóża dwóch lesistych szczytów: Łopiennika, Korbani i Jamy. Wokół szerokie pola uprawne, mnóstwo buków po prawej i lewej stronie, szemrzący czysty potok, wijący się czasami mniej, a czasami bardziej leniwie po dolinie. Nad nami niewielkie wzgórze porośnięte lasem po prawej stronie, węglarze wypalający węgiel drzewny - jednym słowem, inny świat. Kiedyś, przed II wojną światową, w tej urokliwej dolinie tętniło życie, były drewniane domy. Ludzie. Pachniał chleb. Miejscowa ludność zajmowała się rolnictwem. Pasterstwem krów. Uprawiała jęczmień i inne uprawy. Dolina tętniła życiem, a od 1936 r. istniała szkoła z językiem ukraińskim. Było kolorowo i pięknie. W czasie II wojny światowej wieś ominęły nieszczęścia. Ale niestety na krótko. W 1946 r. w czasie Akcji "Wisła" wysiedlono wszystkich mieszkańców Łopienki. Uszkodzono cerkiew, a drewniane domy, albo się rozleciały same, albo rozebrali je i zniszczyli mieszkańcy okolicznych wsi. Na szczęście pojawili się tacy ludzie, jak Zbigniew Kaszuba i uratowali niszczejącą cerkiew. Zwiedzamy ją. 


Łopienka; fot. Wojtek Szatkowski



Po błotach Korbani...

Drugiego dnia z racji mgieł wybieramy Sine Wiry i Korbanię. I był to strzał w dziesiątkę. Piękna wycieczka w piękne miejsca. Korbania (894 m n.p.m.) – szczyt w Bieszczadach Zachodnich, w Paśmie Łopiennika i Durnej.Korbania jest kulminacją grzbietu odbiegającego na północny wschód ze zwornika położonego na południe od Durnej. Opada on najpierw na przełęcz Hyrcza (692 m n.p.m.), a następnie wznosi się ku szczytowi. Ciągnie się on dalej, od szczytu na północ, do doliny Wołkowyjki, natomiast w kierunku wschodnim odchodzi porozcinane dolinami niewielkich potoków ramię, opadające w dolinę Solinki. Na wschód od Hyrczy odgałęzia się jeszcze jedna odnoga, zakończona tzw. Klewą – niewybitnym wierzchołkiem o stromych stokach schodzących w dolinę Solinki. Stoki masywu są z reguły zalesione, z wyjątkiem: wierzchołka będącego punktem widokowym, południowo-zachodniego stoku, gdzie istniała niegdyś miejscowość Tyskowa, oraz niżej położonych terenów w okolicach Górzanki i Bukowca. Przez szczyt przebiega północna granica Ciśniańsko-Wetlińskiego Parku Krajobrazowego. Na wierzchołku znajduje się stary, betonowy trójnóg geodezyjny i wzniesiona we wrześniu 2014 r. wieża widokowa. Obok, drewniany schron, w którym od biedy można zanocować. Wchodzimy na Korbanię z Bukowca. Na wieży widoki na wszystkie cztery strony świata. Widać też Jezioro Solińskie. Schodząc gubimy szlak i lądujemy…w Terce. Fajni ludzie podwożą nas autostopem do Bukowca. Idziemy do auta, przejeżdżamy przez Terkę jeszcze raz i stajemy przy zniszczonej dzwonnicy. Zdjęcia. Dzień chyli się ku zachodowi. Wracamy na pyszną kolację do „Przystanku Cisna”. Terka bardzo nam się spodobała.


Lasy Korbani; fot. Wojtek Szatkowski



Leśna twierdza na Magurycznem

Z okna „Przystanku Cisna” spoglądam popołudniową porą w stronę leśnego masywu Chryszczatej. To tutaj, na stokach Magurycznego, mieściła się w latach 1945-47 leśna baza sotni „Chrina” i „Stiaha”. Potężna twierdza upowców. Maguryczne (884 m n.p.m.) to szczyt i jeden z grzbietów bocznych zachodnio-bieszczadzkiego łańcucha górskiego Wysoki Dział, łączący się z głównym na przełęczy Żebrak. Leży na terenie gminy Komańcza, w obszarze chronionym Ciśniańsko-Wetlińskiego Parku Krajobrazowego, niemal w całości pokryty jest lasami jodłowo-bukowymi. Według dostępnych dzisiaj informacji, obozowisko sotni "Chrynia" mieściło się na Magurycznem. Składały się na nie zamaskowane naziemne budynki, częściowo wykorzystujące dawne pierwszowojenne transzeje i okopy, obudowane dodatkowo drewnianymi balami. Były to praktycznie obiekty naziemne: młyn, magazyny, stajnia dla ok. 20 koni  i kaplica prawosławna. Oprócz nich istniały podziemne bunkry mieszkalne (obszerne, zbudowane z drzewa i pokryte blachą) i dziesiątki pojedynczych kryjówek, których odnalezienie graniczyło i nadal graniczy z cudem. Wejścia ukryte były i są pod pniakami lub zasadzonymi krzewami. Na drewnianych, pokrytych ziemią klapach. Całość obozowiska, mimo prób podejmowanych od początku 1947 roku, została zlikwidowana i wysadzona w powietrze dopiero podczas największych akcji wojskowych przeprowadzonych w ramach działań Grupy Operacyjnej "Wisła". Wokół wierzchołka Magurycznego znajdują się liczne ślady okopów, a w okolicy małe cmentarzyki wojskowe, będące pozostałością walk z czasów I wojny światowej pomiędzy armią rosyjską, a broniącymi linii Karpat wojskami austro-węgierskimi. W okolicy znajdował się centralny szpital bieszczadzkiego batalionu „Rena”. Na jednym z zachodnich ramion Magurycznego opadających nad Smolnik znajduje się schronisko turystyczne i lądowisko dla samolotów i szybowców. Nazwa pochodzi z języka wołoskiego (por. rum. măgura – "wolno stojący masyw górski", prasł. maguła – "mogiła"). Maguryczne to mój plan na następną wizytę w Bieszczadach. Chcę pójść na Maguryczne i powłóczyć się po tym masywie. Nie sądzę, by dane mi było znalezienie słynnego obozu UPA, ale spróbuję. Ta jedna z najbardziej niesamowitych historii związanych z Bieszczadami, która wciąż mobilizuje mnie, by tam pójść. Opowiadam o tej bazie Gośce i znajomym. Ta opowieść pokazuje jak niespokojne były swego czasu Bieszczady. Ile kryją ludzkich kości i tragedii. I nieodkrytych bunkrów po upowcach. A po lasach włóczą się tego dnia mgły… jak upiory zabitych żołnierzy UPA.


Pokręcone wiatrem



Wracaj w Bieszczady...

Jeszcze trzeciego dnia idziemy na Połoninę Caryńską. Tym razem we mgle, w której góry są bardziej tajemnicze. Ostatni dzień, czas wracać. Spotykamy Wiesia i Basię. Fantastyczny wieczór przy winie. I stwierdzam po raz kolejny, że te Góry, Cisna, ci ludzie, Kasia i Andrzej - to nowe, wspaniałe odkrycie. Nowa miejscówka. I bieszczadzka dzicz. Tatry trochę nie wytrzymują z nią porównania. Puste dolinki, stokowe ścieżki, gdzie ryś ściga się z jeleniem, i zagubione potoki, ich przełomy. Tam tylko wiatr hula. I czyste powietrze. Pachnie tutaj jak rzadko gdzie indziej. A gwiazdy widać tak, jak już w niewielu miejscach. I drewniane cerkiewki zagubione w głuszy, w lasach, położone urokliwie na niewielkich polankach. I ile tego jest. Na resztę życia starczy:) W tych Górach jest coś, coś ważnego cały czas chcą mi przekazać. Powiedzieć. A może po prostu Bieszczady, tak jak Tatry, stały się już moim Domem. W to wierzę, bo dom Twój tam, gdzie serce twoje. Wrócimy zatem do Łopienki, na połoniny i na Chryszczatą. W to wierzę. Silnik znów wesoło mruczy pod maską. Jedziemy do Zakopanego, wypoczęci i szczęśliwi, ale w głowie wciąż brzmią słowa z piosenki zespołu „Zgórmysyny” pod tytułem „Jak okiem sięgnąć”. Słowa prawdziwe. 


Los łaskawie zwykł mnie wieść
Drogą małych miejskich szczęść
Lecz zostawiam czasem milion ważnych spraw
Teraz ścieżka pośród traw
Wiedzie mnie w cudowny świat
Do przyjaciół, których z mapy dobrze znam

Zabieram marzeń garść na drogę
Myśl o wolności i pogodę
Ducha, co wzrasta z każdym dniem

Bo tutaj w górach jest mój dom
Śpią marzenia, gwiazdy lśnią
Tu przestrzenią karmię serce
Żyć, co krok pragnę więcej!

 

Wojciech Szatkowski/Muzeum Tatrzańskie

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Mroczna Zjawa
Wow... To pierwsze co pojawia się w głowie. Pięknie opisane , zaczytałam się mimo zmęczenia , choć przyznaję się nie przeczytałam całości , ale w wolnej chwili powrócę . Wspaniale pokazałeś góry . Nigdy nie byłam , w tym roku z chłopakiem zastanawiamy się właśnie nad górami . Osobiście przekonały mnie Bieszczady , te lasy , strumyki . Już wiem że właśnie tego szukam . Wielkie dzięki za tak piękne opisanie miejsc. Mam nadzieję że uda mi się to wkrótce osobiście przeżyć .????

 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com