baner
 
 
 
 
baner
 
 
 

Z południa na północ Korsyki

Znacie to uczucie? Jest czas, który można zagospodarować dowolnie, mnóstwo kierunków, w które można pojechać, polecieć. Niby ideał, a jednak gdzieś poza zasięgiem woli pojawiają się pytania: po co? Dlaczego? Dla kogo? Bo skoro tylko dla siebie (a nie na pokaz), skoro po to, żeby poczuć, że żyję, szkoda zostawiać ciężki ślad węglowy, zajmować miejsce tam, gdzie już jest tłok, wydawać pieniądze, które trzeba zarobić (i przy tym zużyć surowce, energię, generować zanieczyszczenia). Przecież mi tak niewiele potrzeba: gór, bezludzia, trochę miejsca pod namiot…

Aiguilles de Bavella

 

Więc może niech zdecyduje los? Jak kiedyś, dawno temu, kupuję bilet, który jest akurat najtańszy. Czuję się, jakbym zakręciła kołem fortuny. Trafiam do Pizy. Prom do Golfo Aranci jest pusty, jeszcze nie zaczął się sezon. „Byle bez szos, co najwyżej krótki ich kawałek (podpowiada rozsądek – wiadomo, nie ma już świata bez asfaltu), najwyżej pięć kilometrów” – decyduję i to jest cały mój plan. Z południowego na północny kraniec Korsyki. Bez przerw, powtarzania już znanych tras i wędrowania drogami.

 

ZAKAZY, ZAKAZY…

 

15 maja. Na Capo Pertusato jestem sama. Skały wypolerowane przez wiatr na tle turkusowego morza są niemal białe. Marzę, żeby zostać tu dłużej, gdzieś rozbić namiot, ale nie znajduję odpowiednio ustronnego miejsca i wracam w stronę Bonifacio. W zatoczce tuż nad brzegiem stoi bunkier. Oglądam go podejrzliwie, wewnątrz bieleją śmieci, z bliska okazują się butelkami z wodą. Muszą tu leżeć od lat, pokryły się pyłem, niektóre pękły. Przez okienko widzę drabinkę – zejście do morza, pewnie maleńki port. Ignoruję delikatny zapach pleśni i uznaję, że jakoś się zmieszczę. „Najciemniej pod latarnią” – kołacze mi się po głowie na wspomnienie wielkiej latarni morskiej tuż nade mną i tych wszystkich przekreślonych namiocików na drogowskazach. Prognoza pogody jest zła, ale pomimo tego, gdy rano znów mijam miasto, teraz wypełnione tłumem turystów, niebo okazuje się bezchmurne.

 

Znikam w chłodnych tunelach nadbrzeżnych ścieżek. Prowadzą na cichutkie plaże. Kąpię się kolejno na każdej, choć woda zimna, a brzeg odcięty barykadą z liści, które w słońcu zaczynają fermentować i pachnieć. Woda przezroczysta, pełna rybek i różowych meduz. Ścieżka skalista, z widokami na daleki mur szczytów i wspaniałe morze. Wieczór jest chłodny, wiatr silny, na zakazach widnieje już nie tylko namiot, ale też śpiworek. „Nie wolno spać na plecach?” – myślę złośliwie. „To nic, mogę przecież zasnąć na boku”. Trochę mnie to oczywiście stresuje. Muszę się schować. Intuicyjnie skręcam w górę, dalej od morza, i trafiam na opuszczoną wieś. Jeden z budynków jest otwarty, użytkowany jako schron. Z ulgą zamykam za sobą drzwi.

 

 Capo Pertusato

 

ŚWIŃSKIE PODCHODY

 

Przez kilka godzin wędruję wzdłuż morza, aż drogę przetną mi mokradła. Ślęczę nad mapą i nie wymyślam nic innego niż szosa. Wzdłuż lotniska, prawie siedem kilometrów. Od razu pada moja jedyna zasada: bez asfaltu. Jestem tym zdegustowana. Narasta upał, co i rusz mijają mnie samochody, ktoś staje, proponuje podwózkę – dziękuję. Przyśpieszam, niech chociaż to paskudztwo szybko się skończy. Na wprost wyrastają wspaniałe góry. Znajduję szlak. Strada Antica doprowadza do Muratello. Kobieta zapytana o biwak wskazuje las. Nocą przeszkadza mi trochę zapach świń. Rankiem namiot i roślinność pokrywa rosa. Idę w kierunku szlaku Mare à Mare Sud i wraz z nim podchodzę cienistym lasem. Daleko nad morzem drą się kłęby szarych chmur, znów zapowiedziano deszcz, ale na razie tylko bardzo się ochładza, zrywa wiatr. Choć ze szlaku można odbić na pierwszy wyraźny skalisty szczyt (Punta di a Vacca Morta), nie skręcam, bo jest mi zbyt zimno, a nie mam już nic więcej – założyłam wszystko, co wzięłam.

 

Z przełęczy oglądam się ostatni raz na wybrzeże, w lesie znów robi się ciepło. Ścieżka opada gąszczem. Ogromne buki, podszyt z drzewka truskawkowego gęsty jak tkanina, poobrastany mchem, splątany w kłęby. Zaciekawiona odbijam w pętelkę lokalnych szlaków. Snuję się po lesie za żółtymi znakami, od jednego starego młyna do kolejnego. Wszystkie budowle są już w ruinie, ale strumienie nadal bystro bulgocą, rozlewają się w czyste jeziorka, opadają kaskadami małych wodospadów. Teren jest bardzo górzysty i z trudem znajduję skrawek płaskiego. Zasypiam zmęczona jeszcze przed zmierzchem, ale budzi mnie chrumkanie świń. Łażą, nie reagują na okrzyki. Płoszy je dopiero latarka. Za Cabrini znów zbaczam, żeby zwiedzić Castellu di Cucuruzzu. Nie ma turystów, nad sylwetką Monte Incudine narasta kołderka z chmur. Niebo ciemnieje, chowam się w neolitycznej spiżarce, myśląc, że lunie, ale spada tylko kilka kropel, więc ruszam dalej. Szlak wykorzystuje stare ścieżki, układane z kamieni od tysiącleci. Biegną lasami i choć na pozór monotonne, są fascynujące.

 

 Wędrówka Strada Antica zapewnia widok na wspaniałe góry

 

TO NIE CZAS NA SPONTANICZNOŚĆ

 

Quenza jest cichutka. Na piaszczystym placu pod kościołem panowie grają w bule. Za nimi złoci się wał chmur zawieszony na grzbiecie, na którym byłam wczoraj. Muszę już iść, muszę schować się w jakimś zakamarku. Zniknąć na noc lub zapewnić sobie z wyprzedzeniem wszystkie rezerwacje. Bo tak zaprojektowano ten szlak. Nie można go przejść spontanicznie, bez planu. Choć nie miałam zamiaru spać w pensjonatach, czuję się wyrzutkiem systemu. Jakby Natura nie należała już do wszystkich, jakby stała się produktem na sprzedaż, a ofertę przygotowano dla kogoś innego niż ja. „Czy to nie dyskryminacja?” – zastanawiam się, wciskając do plecaka sardynki w puszce i paczkę fig. Sklepiki mają ograniczoną ofertę, a choć zwykle wisi na nich ten sam szyld (Proxi), w każdym znajduję coś innego. Mare à Mare Sud biegnie drogą i już pierwszy szlakowy kołek ozdabia zakaz biwakowania. Kątem oka widzę drugą strzałkę, skromną, spłowiałą – Plateau du Coscione. Nie zastanawiam się, że to nie po drodze. Kuszą mnie góry i dziksze, niezalesione miejsca, kusi swoboda. Pędzę, nabieram wody w leśnym strumieniu, wychodzę na otwartą przestrzeń, ponad las. Znaki nikną. Utknęłam na czyjejś łące. Na wprost zachód słońca ozłaca wierzchołki gór. Za mną płat równej trawki i nic mi już więcej nie trzeba.

 

Rano pół nieba zasłania wał cumulonimbusów. Ścieżka skręca w wilgotną dolinę. Czym wyżej, tym bliżej jestem chmur, potem się w nie zanurzam. Mży, robi się lodowato. Na zboczach Monte Incudine widzę śnieg, na halach dopiero budzi się wiosna. Rozwijają się pierwsze liście, kwitną krzaczaste osiki, które na Korsyce rosną płatami, jak nasza kosodrzewina czy alpejskie rododendrony. Muszę się przez nie przedzierać, marznę i moknę, więc kiedy widzę szałas, zbiegam z nadzieją. Jest zamknięty, ale ma dużą, suchą werandę. Gotuję herbatę, zastanawiam się, czy nie zaczekać do rana. Bo pada. Bo góry… Ale jest lodowato, widoki znikły, więc przed piątą ubieram się we wszystko, co mam, i schodzę. Biwakuję w lesie, w gąszczu, który zarósł stare pola – tarasy idealne pod namiot. Ścieżką, po pniach drzew, po tropiku namiotu płyną strumyczki, woda zlewa się do koryta rzeki, która wzbiera i huczy groźnie. Po lesie włóczy się samotna świnka, przemoczona jak ja.

 

Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ


Dalsza część artykułu znajduje się w Magazynie GÓRY numer 4/2023 (293)


Zapraszamy do korzystania z czytnika GÓR > link


KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com