baner
 
 
 
 
baner
 
2022-02-07
 

Zmarł prof. Zdzisław Jan Ryn

W niedzielę 6 lutego 2022 roku w wieku 84 lat zmarł prof. Zdzisław Jan Ryn – prof. dr hab. med., dr h.c., psychiatra, podróżnik, dyplomata. Profesor Collegium Medicum UJ i AWF w Krakowie. Ambasador RP w Chile, Boliwii i Argentynie. Przewodnik i ratownik górski. Lekarz wypraw w Kaukaz, Hindukusz, Andy i na Wyspę Wielkanocną. Członek, założyciel i prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny i Ratownictwa Górskiego. Członek The Explorers Club i Polsko-Amerykańskiego Klubu Podróżnika. Był autorem ważnej dla naszego środowiska książki, Góry. Medycyna. Antropologia.

Poniżej przypominamy bardzo ciekawą rozmowę, jaką w 2015 roku z prof. Zdzisławem Janem Rynem przeprowadził Andrzej Mirek („Między udręką a ekstazą”, GÓRY 244).

 

Portret górski w Hindukuszu; fot. arch. Zdzisław Jan Ryn

 

Andrzej Mirek: Skąd wzięło się pana zainteresowanie medycyna wysokogórską?

Zdzisław Jan Ryn: Napisałem pracę doktorską na temat zaburzeń psychicznych na dużej wysokości. Była to pierwsza praca doktorska po polsku dotycząca szeroko rozumianej medycyny górskiej [Ryn Z., Zaburzenia psychiczne u alpinistów w warunkach stresu wysokogórskiego. Praca doktorska, Akademia Medyczna w Krakowie, Kraków 1970.. Do jej podjęcia zachęcił mnie Antoni Kępiński, któremu opowiedziałem o moich doznaniach na Elbrusie. Miałem tam zaburzenia percepcji o charakterze złudzeń słuchowych, które potem powtórzyły się w czasie samotnej eskapady na dużej wysokości w Boliwii.

 

Pożyczyłem wtedy motocykl i pojechałem na trzy dni na bezludne altiplano, gdzie zbiegają się granice Chile, Boliwii i Peru. Niestety ugrzęzłem w rzece, omal się nie utopiłem, a kiedy wyciągnąłem motocykl na drugi brzeg, nie udało mi się go uruchomić. Spędziłem noc na wysokości 4600 m n.p.m. pod płachtą biwakową – przysypał mnie śnieg, dusiłem się z braku tlenu i doszło do halucynacji. W pewnym momencie zatraciłem krytycyzm – czy to, co się dzieje, jest rzeczywiste, czy tylko mi się zdaje? Omamy były głosami moich kolegów z wyprawy w Hindukusz. Kpili sobie ze mnie i z sytuacji, w jaką się wpakowałem. Stan, w którym się znalazłem, nazywamy stanem zmienionej świadomości.

 

Kiedy się zerwałem i odkopałem, okazało się, że koła motocykla wmarzły w ziemię. Omamy ustąpiły, ale miałem jeszcze wątpliwości, bo kiedy uniosły się mgły, zobaczyłem w dolinie zarys wioski indiańskiej. Przeraziłem się, że do omamów słuchowych dołączyły wzrokowe. Na szczęście okazało się, że wioska była rzeczywista, zszedłem do niej, Indianie pomogli mi wydobyć motocykl i wróciłem do cywilizacji.

 

Doszedłem do wniosku, że treść głosów była uzasadniona i nie powinienem się na tę wyprawę wybierać samotnie. Były to obserwacje, które zapoczątkowały badania nad zaburzeniami psychicznymi na dużej wysokości. Po doktoracie postawiłem zasadnicze pytanie: czy tego rodzaju zaburzenia są przejściowe czy trwałe? Zrodził się projekt badawczy, do którego przygotowałem odpowiednią metodologię. Przez ponad dwadzieścia lat prowadziłem badania kliniczne i obserwacje w warunkach wyprawowych osiemdziesięciu polskich alpinistów, w tym dziesięciu kobiet, spełniających kryteria przebywania na wysokości powyżej 7800 m n.p.m.

 

Z badań tych jednoznacznie wynikało się, że jedna czwarta osób, które przeżyły ostrą chorobę górską z objawami obrzęku mózgu, wykazała trwałe uszkodzenia mózgu. Opisałem je jako mózgową astenię wysokościową, mającą kilka postaci klinicznych, w zależności od charakteru i lokalizacji uszkodzeń układu nerwowego. Chodziło o objawy wskazujące na zanik tkanki mózgowej, czyli o słynne „dziury w mózgu”. Tak powstała pierwsza praca habilitacyjna z zakresu medycyny górskiej [Ryn Z., Układ nerwowy a wysokość. Zespół astenii wysokogórskiej. Praca habilitacyjna. Akademia Medyczna w Krakowie, Kraków 1977].

 

 Lekarz wyprawy i jego apteka; fot. arch. Zdzisław Jan Ryn

 

Co wywołało oburzenie środowiska wspinaczkowego?

Oburzali się i protestowali nie ci, których badałem, gdyż wyrazili na to zgodę. Niektórzy z badanych wymagali leczenia specjalistycznego. Jeden był dwa lata leczony z powodu retinopatii wysokościowej. Inny przebył krótkotrwałą psychozę lękową. Jeszcze inny miał zaburzenia widzenia: a to obrazy przeskakiwały jak klatki zerwanego filmu, a to pole widzenia było pomarańczowe. To były nowe przypadki, nieopisywane wcześniej w klinice okulistycznej.

 

Niektórzy z uczestniczących w programie wymagali specjalistycznej opieki po wyprawie i chętnie się jej poddawali. Inni odnosili się krytycznie do książeczki Alpinizm i medycyna, w której opisałem kilka przypadków poważnych zaburzeń psychicznych na dużej wysokości. Każdy z alpinistów miał założoną swoją teczkę medyczną, gdyż badania były powtarzane co kilka lat, aby sprawdzić, czy te zaburzenia są przejściowe, czy pozostawiają trwałe następstwa.

 

Każdy wyrażał zgodę na badania i opublikowanie wyników, oczywiście w formie uniemożliwiającej identyfikację. To był konieczny aspekt etyczny badań, chociaż komisja etyczna jeszcze wówczas nie istniała.

 

Dużą satysfakcję odczułem po opublikowaniu mojego doktoratu i artykułów w czasopismach zagranicznych, kiedy lekarze wypraw, zainspirowani moimi badaniami, podjęli je, stosując nowsze techniki badawcze. Okazało się, że dysponując bardziej zaawansowaną techniką, nie tylko potwierdzili moje obserwacje, ale opisywali inne przejawy patologii mózgowej. Podczas wyprawy w Andy mogłem przeprowadzić badania elektroencefalograficzne (EEG), a obecnie jest dostępna tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny. Wykonuje się je zarówno u alpinistów, jak i u Szerpów. Moje wyniki badań i obserwacji, robionych znacznie prostszymi metodami, zostały zweryfikowane przez wiele ośrodków naukowych.

 

Część psychiatryczna ich nie oburzała?

Głównym powodem oburzenia było to, że opublikowałem ostrzegawcze artykuły o tym, że mózg ludzki poddany wysokogórskiemu stresowi może ulec trwałemu uszkodzeniu. Opisałem te zmiany, określając je mianem mózgowej astenii wysokogórskiej [Ryn Z., Układ nerwowy a wysokość. Zespół astenii wysokogórskiej. Praca habilitacyjna. Akademia Medyczna w Krakowie, Kraków 1979].

 

Autorzy książek alpinistycznych opisują rozmaite „fanaberie psychiczne”, które przydarzały im się na wysokości, lecz traktują je na ogół jako literacką atrakcję. Niektórzy czytelnicy uważają to za rodzaj szaleństwa. Niełatwo bowiem zrozumieć, jak można za własne pieniądze poddawać się traumatycznym eksperymentom – doznawać halucynacji, tracić świadomość i poczucie integracji swojej osobowości, postrzegać obecność trzeciej osoby albo cierpieć na stany depresyjne. Z psychiatrycznego punktu widzenia ujawniła się różnorodność objawów psychicznych przy podobnych czynnikach etiologicznych – niedotlenienia mózgu, odwodnienia i wychłodzenia organizmu oraz utraty wagi.

 

Ktoś posłuchał ostrzeżenia?

Alek Lwow, który początkowo był sceptyczny, nabrał racjonalnego wglądu i zastopował szaleństwo wspinaczki na czas, czyli wejść na ośmiotysięczniki w stylu alpejskim bez aklimatyzacji. Uznał, że zbliżył się do granicy, której nie powinien przekraczać. Stąd tytuł jego książki Zwyciężyć albo przeżyć.

 

 Aconcagua – badania medyczne; fot. arch. Zdzisław Jan Ryn

 

Wspinacze mają skłonności do autodestrukcji?

W którejś publikacji wyraziłem opinię, że alpinizm wysokogórski ma w sobie coś z masochizmu. Jak można zrozumieć świadome narażanie się na cierpienia, wyrzeczenia i niewygody na wysokości – za własne pieniądze – dopuszczając w skrajnych sytuacjach możliwość śmierci! Przykładem takiego cierpienia mogą być zamarzanie i hipotermia organizmu... Nic dziwnego, że obserwatorzy określają to jako „czyste szaleństwo”. Stąd zrodziło się określenie „kapliczki straceńców”.

 

Warto przytoczyć opis pozostawiony przez mojego przyjaciela José Antonio Pujante, jednego z nielicznych lekarzy, który wszedł na Everest i cztery inne ośmiotysięczniki. Można powiedzieć, że przeżył wysokogórską śmierć i precyzyjnie opisał swe doznania aż do momentu utraty przytomności. Zamarzł w osłonie skalnej w lodowej skorupie, gdyż szadź oblepiła go tak, że nie mógł wykonać żadnego ruchu. Na końcu ogarnęła go myśl, że gdyby mógł uruchomić rękę i sięgnąć do plecaka po scyzoryk, podciąłby sobie żyły, by skrócić czas cierpienia.

 

Miał doznania rozdwojenia osobowości. Ze swoim zmarłym dziesięć lat wcześniej ojcem rozważał, co powie rodzina, kiedy znajdą jego zwłoki – na szczęście udało się go uratować, doznał tylko łagodnych odmrożeń, ale nie zrezygnował z uprawiania alpinizmu. Opisał neurofizjologiczną reakcję organizmu w postaci zatrzymywania się oddechu. Dokonał analizy psychologicznej własnego umierania.

 

Mit o zamarzaniu jako łagodnej śmierci nie jest prawdziwy?

Z relacji, jakie znam – owszem, ale w końcowej fazie. Jednak nim się przejdzie do fazy euforyczno-ekstatycznej, jest to najbardziej okrutne cierpienie, ból nie do zniesienia, który może doprowadzić do szaleństwa i utraty przytomności, czyli skrajnego mechanizmu uwolnienia się od bólu.

 

Jakie są źródła masochizmu u wspinaczy?

Warunkują to pewne cechy osobowościowe, głównie emocjonalne, oraz motywacyjne. Alpiniści to nieprzypadkowi ludzie. Aby doznać „smaku życia”, potrzebują sytuacji ekstremalnej, granicznej, balansowania na granicy życia i śmierci. Mają potrzebę sprawdzenia, jak to jest w tym krytycznym momencie, kiedy jest się bliskim śmierci.

 

Wanda Rutkiewicz pisała, że bierze pod uwagę, że może zginąć i nie wrócić z gór, a mimo to w sposób niezrozumiały znalazła się w sytuacji osamotnienia i bez odpowiedniego zabezpieczenia. Jeśli nie zdecydowała się na odwrót, zapewne miała świadomość tego, co ją czeka. Jerzy Kukuczka we wspomnieniach pisał, że gdyby wiedział, że może w górach zginąć, to by się nie wspinał. A przecież robił to dalej.

 

Czy normalni ludzie się nie wspinają?

Główny mechanizm motywacyjny to kompensacja, a nawet hiperkompensacja. To potrzeba przeżycia maksymalnego napięcia psychicznego i zbliżenia się do granicy życia. Wynika to z cech psychastenicznych, czyli pewnej słabości. Alpinista chce udowodnić, że wprawdzie jest chuchrem, czuje się słaby, ale potrafi przełamać samego siebie, pokonać swoje słabości. Mechanizm ten jest zapewne uwarunkowany urazowymi doświadczeniami w dzieciństwie, we wczesnym okresie rozwoju.

 

Przykładem może być wybitny himalaista, który w szkole podstawowej, jako jedyny uczeń w klasie nie został zakwalifikowany przez lekarza na wycieczkę na Babią Górę. Przeżył to jako upokorzenie, gdyż był wysportowany i grał w piłkę. Kiedy dwadzieścia lat później stanął na najwyższym szczycie Hindukuszu, powiedział sobie: pokazałem panu doktorowi, że nie miał racji!

 

Co kompensują wspinacze, idąc w góry?

Myślę, że poczucie niedowartościowania, kiepskiej kondycji i tego, że nie są atletami. A przecież dokonują czynów heroicznych. Potrafią przekształcać lęk biologiczny w lęk integracyjny, a więc taki, który sprzyja mobilizacji całego ustroju na pokonanie trudności wspinaczki. W percepcji społecznej uchodzą za „tygrysy gór”. Udowadniają sobie i opinii społecznej, że taką wartość posiadają. Ludzie gór – alpiniści i ratownicy – są podziwiani przez otoczenie za odwagę, postawy heroiczne, a zwłaszcza za gotowość niesienia bezinteresownej pomocy ofiarom w górach.

 

Kompensatą wysiłku jest możliwość kontaktu z nieskażoną naturą gór, oszałamiającym pięknem tego krajobrazu, a możliwość wejścia na dziewicze wierzchołki bywa źródłem niepowtarzalnych doznań emocjonalnych i estetycznych.

 

Doświadczenie lękowe związane z ryzykiem w górach kształtuje postawę wobec życia i śmierci w życiu codziennym. Utrwalają się mechanizmy obronne łagodzące lęk przed śmiercią zarówno w czasie wspinaczki, jak i poza nią.

 

Illimani – narodowa góra Boliwii; fot. arch. Zdzisław Jan Ryn

 

Badał pan poziom lęku u wspinaczy. Jakie były wyniki?

Badania wykazały, że potrzeba ryzyka i wystawienia się na niebezpieczeństwo koreluje z niskim poziomem lęku jako cechy. Takim przykładem był mój młodszy kolega Andrzej, autor pracy magisterskiej z socjologii o środowisku taternickim. Wspinał się z nim mój brat, który wspominał, że kiedy szedł na drugiego, włos jeżył mu się na głowie, bo Andrzej haki wyjmował ręką. Zakładał je pro forma, bo uważał, że tak trzeba, ale w przekonaniu, że nie będą potrzebne. Praktycznie się nie asekurował. Kto wie – gdyby wspinał się bez asekuracji, klasycznie, to być może nie zginąłby w Alpach. Był pozbawiony lęku, który jest podstawowym sygnałem ostrzegawczym, zakodowanym głęboko w naszej biologicznej naturze...

 

...dopóki nie paraliżuje.

Oczywiście, ale zwykle pełni rolę ochronną. Ten lęk może się łatwo przekształcić w lęk katastroficzny. Traci się wówczas rozsądek i rzuca do panicznej ucieczki. Znane są opisy zachowań alpinistów, którzy wyskakiwali z namiotów i biegli na oślep, aż wpadali w szczelinę lodowcową. Nie jest wykluczone, że w namiocie, gdzie używano kuchenki gazowej, dochodziło do obniżenia poziomu tlenu w powietrzu. Tak uwarunkowany lęk, spowodowany niedotlenieniem mózgu, prowadzi do irracjonalnych zachowań.

 

Jak wyglądały te badania?

Posiadamy zestandaryzowane baterie testów do badań psychologicznych. Jedne otwartych, gdzie pytanie są nakierowane na doznania lękowe i ich analizę, inne to testy projekcyjne, sięgające do podświadomości, gdzie badany nie wie, że chodzi o lęk. Badania te jeszcze dobitniej pokazały, co naprawdę tkwi w głębi duszy alpinisty czy skoczka narciarskiego. Wydaje się nieprawdopodobne, żeby człowiek stojący na rozbiegu skoczni i rzucający się w przepaść nie odczuwał lęku. Okazuje się, że ten lęk został wyparty do podświadomości. Gdyby było inaczej, niewielu ruszyłoby do skoku. Zdarzało się, że skoczek wycofał się z rozbiegu. Być może jego mechanizm konwersji lub wyparcia lęku nie zadziałał.

 

W projekcyjnym teście Rorschacha, w pokazywanych symetrycznych plamach, skoczkowie widzieli połamane kręgosłupy, rozbitą czaszkę, rozczłonkowane ciało, nie mając świadomości, że w ten sposób spychają emocje lękowe do podświadomości. Podobne wyniki uzyskują alpiniści oraz lotniarze, którzy mają niski poziom lęku jako objawu.

 

Badałem także intensywność lęku. Sporządziłem tabelę jego nasilenia – od tych którzy reagują najmniej, do tych, którzy reagują najbardziej. Wydawało mi się, że jest to tylko próba uporządkowania wyników badań. Tymczasem okazało się, że zachodziła tu ciekawa zależność. Badani alpiniści im mniej się bali, tym szybciej ginęli w górach. Zabrakło lęku jako sygnału ostrzegawczego. Najbardziej dramatycznym wyrazem badań katamnestycznych okazało się to, że z osiemdziesięciu badanych alpinistów po dziesięciu latach trzydziestu pięciu już nie żyło. Zginęli w górach.

 

Badaliśmy też bokserów, ale nie pozwolono nam opublikować wyników, bo były dramatyczne. Tam to dopiero były przysłowiowe „dziury w mózgu”.

 

Na czym polega postęp w medycynie górskiej?

Podstawą medycyny górskiej (wysokościowej) są zgromadzone przez setki lat obserwacje i doświadczenia na temat kondycji człowieka w wysokich górach. Najcenniejsze są prace kazuistyczne oparte na opisie subiektywnych doznań w przebiegu choroby górskiej. Chociaż ich autorami są w większości podróżnicy, odkrywcy czy pielgrzymi, posiadają one wartość dokumentu. Dzięki wysiłkom fizjologów i fizjopatologów uporządkowano wiedzę na temat adaptacji i aklimatyzacji organizmu ludzkiego warunków wysokogórskich.

 

Jesteśmy na etapie tworzenia pełnego opisu rozmaitych form choroby wysokościowej. Najważniejszym osiągnięciem jest opis przyczyn patologii dużych wysokości i roli układu nerwowego w patomechanizmie choroby górskiej. Objawy tej choroby są nieswoiste i mogą przypominać banalne zachorowania, jak grypa, zatrucie pokarmowe, zapalenia płuc czy oskrzeli. Prawidłowe rozpoznanie wymaga podstawowej znajomości objawów obrzęku mózgu czy płuc.

 

W zakresie profilaktyki opracowano sposoby edukacji i szkolenia oraz uświadamiania o niebezpieczeństwach gór. Powstały w tym celu popularne poradniki w różnych językach oraz instytucjonalne formy szkolenia.

                                                                                                                     

Czy można się przygotować do wyprawy wysokogórskiej?

Nie tylko można, ale należy. Ogólną kondycję poprawiają długotrwałe marsze i/lub biegi, a sprawność techniczną – ćwiczenia w skałkach. Podstawowym błędem jest nierespektowanie klasycznych zasad aklimatyzacji, a więc stopniowego osiągania wysokości w miarę przystosowania się organizmu do znoszenia niedostatku tlenu w powietrzu.

 

Wydaje się, że wejście na ośmiotysięczniki w stylu alpejskim oraz bez używania tlenu jest możliwe. Jednak pod warunkiem, że warunki klimatyczne i techniczne pozwalają na równie szybką ewakuację na małą wysokość. W przeciwnym razie grozi to wysokościowym obrzękiem płuc i/lub mózgu. Jedyną skuteczną metodą uratowania życia jest aklimatyzacja i ewakuacja z wysokości.

 

El Indio – nieves penitentes; fot. arch. Zdzisław Jan Ryn

 

Jedni czują się w górach lepiej, inni gorzej. Od czego to zależy?

Tajemnica kryje się w autonomicznym układzie nerwowym, niezależnym od naszej woli. Wystarczy zaobserwować pasażerów kolejki linowej na Kasprowy. Osoby z przewagą napięcia w części współczulnej tego układu reagują wzrostem ciśnienia krwi i przyspieszeniem tętna, odczuwają lęk, ulegają panice. Czują się gorzej, dlatego unikają wyjazdu w góry. Natomiast osoby z przewagą napięcia w układzie przywspółczulnym, z niskim ciśnieniem krwi, wolnym rytmem serca i łagodniejszym temperamentem, w górach czują się lepiej.

 

Można wykonać prostą próbę, rysując paznokciem krechę na skórze klatki piersiowej. To, czy zostaje ślad przekrwiony czy blady pozwoli określić, która część układu autonomicznego dominuje. Proste badanie pozwoli przewidzieć, czy ktoś będzie się w górach czuł dobrze.

 

W laboratoriach wysokościowych w Andach od lat prowadzi się badania nad autonomicznym układem nerwowym i składem krwi u tubylców dużych wysokości i przybyszów. W latach 30. XX wieku uczestniczył w nich polski fizjolog Jerzy Kaulbersz. Wyniki jego badań zostały wykorzystane w medycynie lotniczej.

 

Czy chorobę górską można leczyć?

Pierwotni mieszkańcy Andów respektowali duże wysokości, gdyż doświadczali objawów choroby górskiej. Nazywali ją soroche lub puna. Znaleźli też sposoby leczenia tej choroby. Nie znali medycyny, ale poprzez wielowiekowe doświadczenia odkryli naturalne środki lecznicze w świecie roślin, zwierząt oraz minerałów. Indianie w Andach sięgają do tych sposobów do dzisiaj. Prym wodzą tu liście koki – nazywanej boską rośliną Inków. Żucie ich jest jednym z najstarszych zwyczajów uprawianym powszechnie do dzisiaj przez mieszkańców altiplano (płaskowyżu). Indianie potwierdzają, że liście koki łagodzą głód, chronią przez zimnem oraz poprawiają kondycję fizyczną.

 

Dzisiaj dysponujemy kilkoma lekami farmakologicznymi, które nie tylko łagodzą objawy ostrej choroby górskiej, ale też są skuteczne w leczeniu. Najlepsze efekty potwierdzono przy stosowaniu acetazolamidu (diamox). Środek ten poprzez działanie moczopędne łagodzi obrzęk płuc i obrzęk mózgu, które uchodzą za najgroźniejsze powikłania w przebiegu choroby górskiej.  

 

Czy do lekarza wyprawy, który jest psychiatrą, uczestnicy przychodzili ze swoimi problemami?

To naturalne, że lekarz wyprawy sprawuje opiekę lekarską nad uczestnikami wyprawy i jest w tej dziedzinie fachowym doradcą kierownika. Obowiązkowo prowadzi badania kwalifikacyjne alpinistów przed wyprawą oraz po jej zakończeniu. Cennym ubogaceniem jest zaplanowanie i realizacja nawet prostego projektu naukowego. 

 

Co się dzieje po wyprawie?

Kontynuujemy badania kondycji zdrowotnej weteranów alpinizmu. Są one ukierunkowane przede wszystkim na ośrodkowy układ nerwowy, najbardziej wrażliwy na niedotlenienie. Wykorzystujemy w tym celu nowoczesne techniki badawcze, jak tomografię komputerową (TC) i rezonans magnetyczny (MRI). Dzisiaj mamy dostęp do wielu badań wskazujących na możliwość trwałego uszkodzenia ludzkiego mózgu w wyniku wysokogórskiego niedotlenienia.

 

Wspomniane badania mają jednak pewną słabość metodologiczną, gdyż w niektórych przypadkach brakuje badania wyjściowego. W grupie badanych można potwierdzić objawy charakteropatii, zespołów apatyczno-depresyjnych czy spadku potencji. Osłabienie pamięci, zwłaszcza zapamiętywania, ma charakter przewlekły lub trwały.

 

Luki pamięciowe (amnezja) są częstym objawem i mogą obejmować wiele godzin. Niektórzy z badanych nie pamiętali na przykład pobytu na wierzchołku góry. Doznania emocjonalne są wówczas tak intensywne, że dochodzi do swoistego uzależnienia. Niektórzy przeżywają na szczycie rodzaj ekstazy, oszołomienia wysokością, duszę rozpiera radość pokonania trudności i ten moment kompensuje wszelkie cierpienia.

 

Jeśli zapyta pan himalaistów, czy warto było opłacić sukces odmrożeniami i amputacjami, większość odpowiada, że tak, bo „tego co przeżyli, nikt im nie odbierze”. Na skutek „psychicznego głodu” uruchamia się mechanizm na poziomie endorfin. Mówi się, że alpiniści żyją od wyprawy do wyprawy, pracują, żeby zgromadzić środki na następną. Góry przyciągają jak magnes, działają jak narkotyk.

 

Mówi się o doznaniach mistycznych na szczycie.

Wydaje się, że istota zdobywania gór sięga do sfery mistycznej i religijnej człowieka. Wywodzi się prawdopodobnie z atawistycznego lęku i kultu gór jako siedziby bóstwa. Przejawem tego jest fenomen personifikacji wulkanów w kulturze latynoamerykańskiej.

 

Refleksje o treści mistycznej, patriotycznej czy religijnej pojawiają się często. Przykładem może być relacja hiszpańskiego himalaisty i lekarza, zdobywcy Everestu. Na wierzchołku ogarnęło go uczucie bezgranicznej szczęśliwości na wspomnienie zmarłego dziesięć lat wcześniej ojca:

„Pragnę o nim myśleć z całą pogodą ducha. Z pewnością jestem najbliżej nieba, do którego już nigdy się tak nie zbliżę. Przekazałem ojcu najlepsze życzenia i wiedziałem, że do niego dotarły. Przyglądałem się samemu sobie, osłabionemu i kruchemu, docierającemu do tego świętego miejsca [...]. W końcu stanąłem na szczycie planety, gdzie zamieszkuje Chomolungma. Sklepienie nieba, które na chroni to gigantyczna niebieska kopuła, niemal czarna. Tam jest kosmos. Nogi opieram na ziemi, a głowę w niebie. Co za cud [...]. Tam, na szczycie świata, na wysokości niemal 9000 m [...] uświadomiłem sobie własną małość. Tam, nad chmurami, u bram kosmosu, w obecności bogów, aniołów, archaniołów i całego królestwa niebieskiego, poznałem swą samotność i bezradność tego mroźnego wiosennego poranka na Evereście” [Pujante Conesa J.A., No vi dioses en la Cima del Everest, „Editorial Juventud”, S.A., Barcelona 1994, s. 347-355].

 

Stając w obliczu gór odnosimy wrażenie, że sięgają one do nieba. Wracam wspomnieniem do niezwykłej ceremonii meksykańskich Indian zwanej Confraternidad – Braterstwo. Każdego roku w święto Santisima Virgen de Guadalupe tysiące miłośników gór uczestniczy w pielgrzymce na wierzchołek wulkanu Popocatépetl (5425 m n.p.m.). Nie wszystkim udaje się wejść na tę wysokość, wielu pada po drodze z powodu choroby górskiej. Na szczycie panuje atmosfera górskiego zbratania i solidarności. Jedni klękają na kolana i modlą się głośno, inni stoją w stanie uniesienia, zapatrzeni w niebo. Starszy pan śpiewa solowo arię operową, lecz po chwili upada wyczerpany brakiem tchu. Confraternidad to nawiązanie do dawnego kultu gór jako siedziby bóstwa. To połączenie tradycji ze współczesnością, odwieczna ludzka tęsknota zbliżenia się do wieczności, do Absolutu.

 

Ekstaza i udręka łączą nas w łańcuch solidarności ludzi gór całego świata. Prawdziwy sens tej peregrynacji pozostaje tajemnicą każdego z jej uczestników. Bo góry po to są, by zachwycały - powie nestor polskiego alpinizmu. Bo góry po to są, by przypominały o przemijaniu i przemijać uczyły. Górskie szczyty „są krajobrazem prawdy o przygodności ludzkiej kondycji” – pisze Roman Rogowski w Mistyce gór. Człowiek na dole żyje jak pijany, jak chroniczny narkoman, zamroczony chaosem i szybkością, pędem za materią i władzą. Żyje, jakby miał żyć wiecznie... Człowiek w górach, ocierając się o przemijanie jak oswojone zwierzę, żyje w świadomości gorzkiej prawdy, ale prawdy o tym, że  jego życie jest jak kropla wody zaczerpnięta z morza lub ziarnko piasku.

 

A jak to jest z egoizmem u wspinaczy?

Wspinacze są egoistami. Rzadko liczą się z pracą, rodziną, przyjaciółmi, a w skrajnym przypadku nawet z towarzyszami wyprawy. W hierarchii wartości góry są na pierwszym miejscu. Jacek Hołówka, etyk z Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że alpiniści „naprawdę” żyją tylko w wysokich górach. Życie po powrocie do codzienności, do żony i dzieci, jest „nieprawdziwe”. Jest tylko etapem przygotowawczym do następnej wyprawy [Cyt. za: Cichobłazińska A., Śmierć w górach. „Niedziela”, 12 X 2014 r., nr 41, s. 15].

 

Jak na śmierć reagują rodziny wspinaczy?

To mało zbadany problem, bolesny dla najbliższych i przyjaciół. Najtrudniej się godzić ze śmiercią ludzi młodych, zdrowych, przed którymi życie stoi otworem. Jeszcze trudniej godzić się ze śmiercią, jeśli nie odnaleziono ciała ofiary gór. Znane są przypadki negowania, wyparcia faktu śmierci w górach przez najbliższych. Zaginięcie w górach, nieodnalezienie ciała powoduje zahamowanie naturalnego procesu żałoby. Mama Wandy Rutkiewicz do śmierci była przekonana, że jej córka żyje, że znalazła schronienie w jakimś tybetańskim klasztorze. Żona zaginionego himalaisty oprowadza turystów po domowej izbie pamięci, kompensując i sublimując swoje cierpienie i żałobę.

 

Czy istnieje związek między moralnością a wysokością?

Domyślam się, że chodzi panu o respektowanie norm etyczno-moralnych przez uczestników wypraw, w których narażone jest bezpieczeństwo alpinistów, bądź kiedy dochodzi do wypadków śmiertelnych. Przeanalizowałem wiele konkretnych sytuacji, w niektórych uczestniczyłem, wypowiadałem się kilka razy przed sądami jako ekspert od patologii dużych wysokości.

 

W oparciu o to doświadczenie wyrażam opinię, że nie można poddawać ocenie etyczno-moralnej tego, że się kogoś zostawiło, a samemu ratowało skórę bez uwzględnienia kondycji psychicznej uczestników takich zdarzeń. Sugeruję, że powinno się tu wprowadzić praktykę stosowaną w psychiatrii sądowej, to znaczy uwzględniać kondycję psychiczną, w jakiej w danym momencie pozostawali uczestnicy odpowiadający za zaistnienie wypadku lub pozostawienie słabszego uczestnika wyprawy.

 

Apeluję od dawna, aby w rozpatrywania każdego wypadku, zwłaszcza śmiertelnego, powołać psychologa albo psychiatrę. Udział takiego specjalisty byłby pomocny w rekonstrukcji kondycji psychicznej uczestników zdarzenia w chwili jego zajścia. Opinia w tej kwestii byłaby pomocna w określeniu stanu świadomości i wynikającej z tego tytułu odpowiedzialności za ewentualne zdarzenie.

 

Nasuwa się tu analogia między stosowanym w psychiatrii sądowej pojęciem poczytalności w sprawach karnych czy rozeznania w sprawach cywilnych. Z praktyki wiemy, że w sytuacjach ekstremalnych na dużej wysokości kondycja psychiczna może budzić poważne wątpliwości. Być może wówczas ocena prawna, a przede wszystkim ocena moralna postępowania w górach byłaby bliższa prawdy i odpowiedzialności. Bez tego popełniamy błędy będące zaczynem konfliktów czy zarzutów o zdradzie i pozostawieniu umierającego.

 

Śmiertelne wypadki w Himalajach z udziałem polskich himalaistów po raz kolejny sprowokowały dyskusje w środowisku alpinistów. Na spotkaniu w Podlesicach w 2013 roku zasugerowałem, aby w takich wypadkach zasięgano opinii ekspertów w gronie członków Polskiego Towarzystwa Medycyny i Ratownictwa Górskiego. Jest prawdopodobne, że tego rodzaju współpraca mogłaby ułatwić wydawanie opinii o przyczynach i odpowiedzialności za wypadki w górach wysokich.

 

Poproszę o refleksję na temat śmierci w górach.

Podzielam opinie alpinistów, że jeśli miałbym zakończyć życie, to wolałbym, by nastąpiło to w górach, a nie w łóżku szpitalnym otoczonym aparaturą, gdzie nieraz bezsensownie ratując życie, nie pozwala się choremu spokojnie umrzeć.

 

Alpinizm jest sportem heroicznym, niebezpiecznym – śmiertelnie niebezpiecznym. Jest igraniem ze śmiercią. Tysiące alpinistów przypłaciło pasję uprawiania tego sportu własnym życiem. Odnosi się nieraz wrażenie, że w hierarchii wartości alpinistów to nie życie, ale śmierć stanowi najwyższą wartość. Wiem, o czym mówię, gdyż sam znalazłem się kilka razy na krawędzi śmiertelnego niebezpieczeństwa. W górach straciłem wielu towarzyszy wypraw. Jeden z przyjaciół, filmowiec, zginął w Himalajach, kręcąc film o... górskiej śmierci. Scenariusz filmu, nad którym razem pracowaliśmy, miał być przestrogą przed niebezpieczeństwem gór. Emocjonalny ciężar utraty tylu przyjaciół przyćmiewa radość górskiej przygody. Jednak nadal nie tracę nadziei, że moje badania uchronią choć jedno życie w górach.

 

A co z samobójstwami?

Refleksji nad śmiercią w górach poświeciłem sporo czasu. Także samobójstwom. Jest to specyficzny rodzaj śmierci, w której góry są tylko scenerią. W górach samobójstwo popełniają ludzie niezwiązani z nimi, u których pragnienie śmierci jest bardzo silne, stąd przewaga samobójstw dokonanych nad usiłowanymi. Wybierają je jako teatr, scenę w obliczu daru Boga postrzeganego w pięknie przyrody, na granicy doznań mistycznych, religijnych, patriotycznych. 

 

Profil osobowy samobójców jest psychopatologiczny. W większości były to zamachy na tle depresji psychicznej. Zawodowo przeważały osoby z wyższym wykształceniem, w tym lekarze. Psychologia i psychiatria nie są jednak wystarczające, żeby sięgnąć do głębszych warstw osobowości, atawistycznych, zakorzenionych w naszym wnętrzu, które sobie nie w pełni uświadamiamy. Warto się zastanowić, ile w naszym życiu jest zachowań o charakterze magicznym, nad którymi nie mamy kontroli i które uwidaczniają się dopiero w sytuacjach granicznych, także w niektórych chorobach psychicznych.

 

Opisano także kilka przypadków samobójstw wśród sportowych wspinaczy amerykańskich. Celowo wspinali się bez asekuracji. Wszyscy przeżyli, gdyż wysokość upadku była zbyt mała bądź uderzenie o ziemię było wyhamowane przez krzaki. O tym, że były to próby samobójstwa, wiemy z relacji najbliższych. Sportowcy chcieli w ten sposób ukryć pragnienie śmierci. Coraz częściej docierają też do nas relacje alpinistów, którzy w stanie deterioracji doznają oszałamiającego pragnienia pozostania w górach na zawsze i złączenia się ze wszechświatem, z absolutem. Wspominał o tym Reinhold Messner.

 

Zajmował się pan także schizofrenią i wpływem obozów koncentracyjnych na psychikę człowieka. Co łączy te ekstremalne doświadczenia oraz wspomnianą już psychiatryczny aspekt wspinania?

W środowisku klinicznym, w którym przepracowałem prawie pięćdziesiąt lat, koledzy często  mówili, że mam neurotyczny rozrzut zainteresowań. Coś w tym jest, zwłaszcza jeśli patrzy się z zewnątrz. Wyczyniałem różne rzeczy, pozornie niewiążące się ze sobą, ale to nieprawda. Jestem  przekonany, że wspólnym wątkiem moich zainteresowań zawsze jest człowiek w sytuacji granicznej, ekstremalnej. Wywiad z marca tego roku, który ukazał się na łamach National Geographic Traveler, zatytułowano „Homo extremum”. Myślę, że to dobra synteza.

 

Źródła należy szukać we wczesnym dzieciństwie. Przypadło ono na lata wojny i okupacji, stąd okrutne doświadczenia – stosy trupów, śmierć bliskich w rodzinie, eksplozje granatów, pożar domu, z którego z trudem nas uratowano. Pamiętam, jak przyniosłem mojemu ojcu do domu odbezpieczoną minę, nie zdając sobie sprawy w zagrożenia.

 

To są wspomnienia nie do wymazania i być może to ukształtowało moją sferą emocjonalną i zainteresowania zawodowe. W pewnym stopniu skłoniło do porównania moich przeżyć z innymi ekstremistami, do szukania wspólnego języka. To tak jak więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy spotykają się ze sobą, bo mają o czym rozmawiać. Troje profesorów Katedry Psychiatrii, z którymi dorastałem zawodowo, to byli więźniowie obozów: Eugeniusz Brzezicki (Sachsenhausen), Antonii Kępiński (Miranda de Ebro) i Wanda Półtawska (Ravensbruck).

 

Nie bez powodu w tej klinice znaleźli pomoc ci, którzy przeżyli obozy. Zaliczam się do drugiego pokolenia realizującego ten sam program badawczy, a moi asystenci – trzeciego. Przez pół wieku prowadzimy obserwacje syndromu choroby poobozowej, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. To także ci, którzy przeżyli prześladowania polityczne, Sybiracy, więźniowie sowieckich gułagów, Rodzina Katyńska...

 

Rapa Nui, maj 2014; fot. arch. Zdzisław Jan Ryn

 

Czego możemy się nauczyć od człowieka w sytuacji ekstremalnej?

Ogólna nauka ograniczałaby się do tego, że jeśli ktoś miał „szczęście” takiej sytuacji doświadczyć, dotknąć rzeczywistości na krawędzi, to nabiera dystansu do życia i śmierci oraz ma poczucie, że żyje życiem darowanym.

 

Tego rodzaju doświadczenie jest potrzebne, bo ułatwia inne spojrzenie na codzienne życie, po nim łatwiej radzimy sobie z przeciwnościami, z uporządkowaniem rytmu dnia i pracy, która może się wydawać nudna. To doświadczenie daje nam dystans do codzienności i uczy, że możliwości człowieka są niemal nieograniczone.

 

Czy to zmienia hierarchię wartości?

Sytuacje graniczne odnoszę do problematyki śmierci. To, co wyniosłem z tego doświadczenia, to oswojenie ze śmiercią. Kilka razy w życiu znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. O przeżyciu zadecydowało szczęście, opatrzność; uratował mnie anioł stróż... Złagodziło to mój lęk przed śmiercią. Wydaje się to paradoksalne, bo w moim wieku człowiek przymierza się do śmierci i zajmuje się nią.

 

Jeden z alpinistów powiedział mi, że szukam ryzyka, żeby zobaczyć, jak by to było, gdybym zginął. To jest ciekawość zajrzenia za granicę, zza której nikomu nie udało się wrócić. Mnie też fascynuje pytanie, czy po ziemskiej śmierci będę mógł podróżować po bożym wszechświecie, w wymiarze kosmicznym?

 

Zbliżenie do śmierci skłania do tego, żeby doceniać wartość życia każdego dnia, w każdej chwili i w każdym miejscu. U mnie wyraża się to między innymi zachwytem pięknem krajobrazów naszej planety i jej mieszkańcami.

 

Mam atawistyczne poczucie bycia cząstką przyrody. W tym wymiarze utożsamiam się z Indianami, którzy w kontakcie z przyrodą, w integracji z naturą tworzą koncepcję swojej egzystencji, widzą siebie jako cząstkę kosmosu. Chodzą boso, by dotykać Matki Ziemi i żyć w zgodzie z rytmem świata. Wyspiarze Rapa Nui – Wyspy Wielkanocnej – uważają, że dopóki nie dotarł do nich biały człowiek, to nie było u nich chorób, wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Tymczasem cywilizacja wypacza tę relację, odsuwa nas od natury, którą bezlitośnie niszczymy. Chronimy się we wnętrzu samochodu, w luksusowym domu, bez dotykania Matki Ziemi.

 

Jeden z curanderos – uzdrawiacz indiański w Amazonii – powiedział mi, że człowiek nie może zachorować na chorobę, na którą nie byłoby lekarstwa w przyrodzie. Odnalezienie tego lekarstwa to tylko kwestia potrzeby i czasu. Jeśli produkujemy kilkaset leków, które pochodzą z medycyny tradycyjnej, to chylę czoła nie tyle przed wiedzą, ile przed mądrością, którą człowiek gromadzi przez tysiące lat.

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2022 Goryonline.com